...
Józio bardzo lubił chodzić do cyrku. Uwielbiał wszechobecny zapach prażonej kukurydzy i odchodów słoni, drewniane ławki, które co chwilę się obsuwały i magiczną atmosferę tymczasowości. Śmiał się do przepychających się przez tłum sprzedawców czerwonych, piszczących nosów i do fruwających na niewidocznych skrzydłach akrobatów.
Po każdej wizycie zachowywał bilet, który chował do skrzynki na największe swoje skarby, razem z kamykiem z dziurką, papierkiem po słowackim cukierku i mysią czaszką. Pamiętał doskonale każdy gag i sztuczkę, potrafił z zamkniętymi oczami odtworzyć przemówienie konferansjera. Wiedział, że jak będzie duży, to ucieknie z domu i zostanie połykaczem noży.
Jednak ten spektakl wyrył mu się w pamięć bardziej, niż cokolwiek innego.
Niedźwiedzie z kokardami na uszach przejechały już trzy okrążenia na jednokołowych rowerkach, Niesamowity Dimitrij z Rodziną wykonali Zadziwiającą Dimitriadę na najwyższym trapezie, a Klaun Bobo zrobił kultowy już numer z plackiem śliwkowym.
- Panie i panowie! - wołał Mistrz Ceremonii o zabawnym akcencie i zakręconych wąsach. Józio bezgłośnie recytował tekst wraz z nim, uważnie sprawdzając, czy nic się nie zmieniło od ostatniego czwartku.
- Ujrzycie rzecz tak nie do uwierzenia, że będziecie przecierać oczy ze zdumienia! Tak przerażającą, że przypomnicie ją sobie w środku najciemniejszej nocy w waszym życiu! Tak niesłychaną, że inni będą kręcić głową, gdy im opowiecie, co zobaczyliście! A zobaczycie najgroźniejszą z bestii, postrach Afryki, zębatą grozę, którą tylko jeden człowiek na świecie jest w stanie poskromić! To człowiek, który śmieje się w twarz śmierci i idzie bez wahania prosto w paszczę niebezpieczeństwa. Człowiek o nerwach ze stali. Ale nie obawiajcie się. Ten właśnie człowiek jest z nami. Wielkie brawa dla Zdumiewającego Kandińskiego!
Lew był faktycznie imponujący. Miał ogromą paszczę, a gdy szedł, mięśnie falowały pod napiętą skórą. Józio nie widział go wcześniej i przelotnie zastanowił się, co stało się z poprzednim. Publiczność zamarła na sekundę, gdy potężne zwierzę rozwarło paszczę i ukazało swoje ogromne zęby w ryku.
Kandiński był najlepszy w swoim fachu. Lew bez chwili wahania skakał przez płonące obręcze i tańczył na dwóch łapach, gdy słyszał trzask bicza. Co jakiś czas ryczał jednak groźnie, by przypomnieć widzom, że mają do czynienia z urodzonym zabójcą.
W końcu nadszedł czas na finałową sztukę. Widownia wstrzymała oddech, gdy Zdumiewający Kandiński otwarł rękami paszczę zwierzęcia na całą szerokość i włożył głowę między straszliwe zęby.
I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Lew w ułamku sekundy zwarł szczęki i rozwarł je, by połknąć to, co zostało z tresera.
Zapadła grobowa cisza. W ostatnim rzędzie jakaś kobieta załkała histerycznie.
Po trwającej wieki konsternacji ktoś zaklaskał niepewnie. Ludzie spojrzeli na niego z wdzięcznością i nagle zerwała się burza braw. Widzowie wyli, tupali i uderzali rytmicznie dłońmi o uda. Cały namiot trząsł się od oklasków, a one z każdą chwilą narastały. Tłum ogarnęła euforia, zrywano się z ławek i wiwatowano na cześć lwa. Szatynka z drugiego rzędu rzuciła na arenę swoją bieliznę.
Kierownik cyrku odetchnął z ulgą. Przedstawienie było uratowane.